Home Italian Greyhound My dogs Our kennel Handmade Articles Contact

Sangue Azzurro

it all revolves around the italian sighthounds
19.07.2025

Ninì Tirabusciò Sangue Azzurro was found

kennel

DSC_0109SA

DSC_0140SA

DSC_0148SA

 

Ciężko mi pisać ten artykuł bez łez wzruszenia, pisze na świeżo, z sercem napełnionym radością i ulgą, spadł mi dziś z barków ogromny ciężar, który może zrozumieć tylko kochający i zaangażowany hodowca, który „odzyskał” swoje szczenię, wcześniej utraciwszy je - sprzedając niewłaściwej osobie.
Ninì Tirabusciò Sangue Azzurro ( po domowemu w hodowli po prostu Nini) urodziła się w miocie 3 szczeniąt 10 lipca 2022 roku, jest owocem mojego niemieckiego krycia w Brunszwik - Royem - niezwykle eleganckim samczykiem. Był to dla mnie bardzo ważny miot, taki miot marzenie. Roya wypatrzyłam w nocy plądrując bazy rasy w poszukiwaniu kremowego drobnego samca o określonym układzie Alleli. Pomogła mi skontaktować się z jego opiekunami jego francuska hodowczyni Renée Ginestet, a oni dla mnie wyrobili temu samczykowi uprawnienia hodowlane, po wielu miesiącach korespondencji. Krycie było kosztowne, a podróż 1000 km w głąb Niemiec wymagała ode mnie sporej organizacji i wysiłku. Był to jeden z najbardziej udanych miotów w mojej karierze hodowlanej.

DSC_0079SA

294142456_1992396297618305_8611889217584045674_n296798428_1435496096864513_709189785872839101_n copy

DSC_0008jkjjj

DSC_0038

DSC_0191

 

Zostawiłam dla siebie do dalszej pracy samczyka Nói Albinói Sangue Azzurro, którego bardzo kocham, z którym jestem ogromnie związania i nie wyobrażam sobie bez niego mojego życia. Dlatego tym bardziej bolało mnie, że właściciele, którzy kupili Nini, bardzo szybko postanowili oddać ją z powrotem do mojej hodowli. Braciszek Nói i Nini - Niki ( domowę imię Shiloh) jest tak samo kochany, jak mój Nói, uwielbiany wręcz przez swoich właścicieli, z którymi mam doskonały kontakt. Rodzeństwo Nói trafiło do Krakowa. Właścicielka Nini zadzwoniła po kilku tygodniach, że poddają się, nie dają sobie rady z sikaniem i brudzeniem w domu oraz jej silnym charakterem, aktywnością, energią… Zaproponowałam zwrot pieniędzy i odebranie Nini, albo chciałam im zaproponować jakąś inną spokojniejszą suczkę w przyszłości. Z właścicielką byłyśmy umówione w połowie drogi pomiędzy Krakowem, a Częstochową na odebranie malutkiej. Niestety Pani Natalia ( lekarka - ukraińskiego pochodzenia od lat mieszkająca w Polsce) zadzwoniła do mnie na 2 godziny przed odbiorem Nini, że jednak zostanie ona u jej mamy, ponieważ dzieci bardzo rozpaczają z powodu tej decyzji oddania Nini.

Kilkukrotnie na przestrzeni kolejnych miesięcy dzwoniłam do tej rodziny, upewniając się, czy na pewno podjęli dobrą decyzję, rozmowy były długie i Pani Natalia opowiadała w nich jak cudownie poradzili sobie ze wszystkimi problemami i jak Nini jest szczęśliwa u jej mamy.Jednak nigdy nie dostałam żadnego zdjęcia potwierdzającego tą szczęśliwość. Starałam się utrzymywać kontakt, być życzliwa i dopytywałam o możliwość spotkania się i wykonania pamiątkowego zdjęcia trójki rodzeństwa w wieku dorosłym, jednak na życzliwości się kończyło.

Na chwilę po rozmowach z nią mój niepokój malał, brzuch przestawał boleć mnie z nerwów, ale po kilku tygodniach i miesiącach niepokój wracał, a intuicja krzyczała, że Nini już dawno nie ma z tą rodziną, że gdzieś się jej pozbyli :(




DSC_0114SA

DSC_0116SA

 

Po paru miesiącach Pani Natalia napisała do mnie na komunikatorze: „ Dzień dobry, gdzie są dokumenty pieska?”. „Jakiego pieska?!” - już sam fakt, że chodziło o Nini, a ona wyraziła się o niej tak bezosobowo, przecież to nie jest normalne, żeby „właściciel” swojego psa nie nazywał go imieniem, tylko „pieskiem”. Oczywiście chodziło o metrykę Nini, więc spanikowałam i miałam pewność, że ta kłamczucha sprzedała ją gdzieś, a teraz nie może znaleźć „papierów” Nini. Nic nie dawały telefony, prośby błagalne o możliwość spotkania się na żywo i zobaczenia Nini, wciąż też nie mogłam doprosić się jednego zdjęcia suczki. Przecież nie będę ludziom wystawać pod oknami, jadąc 150 km w jedną stronę jak jakiś stalker. Pani Natalia w pewnym momencie przestała kłamać, przestała się komunikować, odcięła się. Sytuacja absolutnie mnie dobiła, wydała mi się patowa, byłam pewna, że tej kobiecie trzeba założyć sprawę w sądzie, ale na tyle ostrożnie działać, żeby jej nie spłoszyć, a zebrać jak najbardziej szczegółowy materiał dowodowy. Nie chcę w tym miejscu rozpisywać się jakie kroki z prawnikami podjęłam, nie chcąc podpowiadać ścieżki ewakuacyjnej innym nieuczciwym właścicielom psów, jednak potrzebny był wywiad środowiskowy i przyznanie się tej kobiety, że wbrew zapisom w umowie sprzedaży szczenięcia, pozbyła się gdzieś Nini jak niechcianego śmiecia, nie informując mnie o niczym i nie dając możliwości odkupienia jej, a mam takie prawo, jako hodowca. Takie są zapisy w naszych umowach.

Dziś 19 lipca pojechałam w Częstochowie na wystawę Międzynarodową. Wszystkie moje charciki mają pokończone tytuły, więc nie bardzo mam kogo wystawiać i prezentować aktualnie, ale jako, że to mój oddział organizował wystawę, a ja zajmowałam się całą oprawą graficzną wydarzenia w oba dni, miałam poczucie, że wypada przyjechać na tę imprezę. Przyjechałam dużo wcześniej i po kilku okrążeniach między stoiskami, moją uwagę przykuł rudawy charcik włoski. Brzuch mnie zabolał z nerwów, oblały mnie zimne poty, ileż to razy na przestrzeni tych 3 lat wydawało mi się, że widzę gdzieś Nini! Cały dysk komputera pęka w szwach od screenów z internetu, gdzie pojawia się jakaś akcja odebrania psów z pseudo - zdjęcia upodlonych, obranych z godności charcików włoskich… zawsze z mdłościami, ściśniętym żołądkiem i krwawiącym sercem przyglądam się zdjęciom na powiększeniu, analizując czy to nie moja Nini, czy nieszczęsna nie trafiła w łapy jakiegoś pseuducha i męczy się w jakiś klatkach rozmnażana :(

 

Zrzut ekranu 2023-12-11 o 18.08.41

 



Więc stojąc dziś w tym upale i patrząc na tę niewielką suczkę, skanując paluszki, sierść, głowę, zachowanie, gesty, ekspresję, czułam, że tym razem mi się nie wydaje, że to na 100% Nini! Pema stempluje wręcz swoje dzieci, ich łapki i pazurki mają charakterystyczne białe znaczenia, ten miot miał nietypową piękną ekspresję, pigmentowanie jakiego nie spotyka się w rasie, a poza tym wszystkim - hodowca zawsze rozpozna swoje szczenię na żywo!!! Było mi słabo, kolana miałam miękkie, a w uszach słyszałam jak głośno bije mi serce, ale podeszłam do tego małżeństwa i z totalną pewnością siebie zapytałam czy to Ninì Tirabusciò Sangue Azzurro i skąd ją mają?

 



Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.24.02_1

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.23.10_1

 

Oczywiście nasze spotkanie było przypadkowe. Państwo byli w szoku, jak to możliwe, że ją rozpoznałam, stali też z malutką Yorczką. Prawie zapomniałam, że jestem na wystawie i zaraz wystawiam Kromkę, nie pamiętam, żebym tak się upłakała z nadmiaru emocji. Nie potrafię w tym miejscu opisać, co czułam, ale z pewnością każdy hodowca, który nie raz nie spał w nocy, tylko ryczał za szczenięciem, żałował decyzji, albo umierał ze zmartwień, wie jaki to potężny ładunek emocji- pomieszanie ulgi, szczęścia, absolutnego rozczulenia. Patrzyłam na tą cudną iskierkę i czułam, jakby mi z każdą chwilą ubywało jakiegoś drążącego mnie od dawna raczyska. Nini żyje! Nini ma się dobrze, trafiła do cudownej kochającej ją rodziny, która akceptuje w pełni jej narwanie i energię, jej niezależność i silny charakter! Żyję od lat z jej mamą PEMĄ, dziś już ośmiolatką, ale to jak aktywna wciąż i skoczna jest Pema, jest nie do opisania, moja ukochana złodziejka sera żółtego z blatów, zaglądająca do garów, plądrująca półki kuchenne - Pema nic się nie zmieniła na przestrzeni lat i takim samym charakterem stempluje swoje szczenięta.



Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.21.52_1

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.22.51_1

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.24.27_1

 

Ta rodzina i ja przytulaliśmy się, z mokrymi oczami od łez, wymienialiśmy szczegóły jak Nini trafiła do nich, ja opowiadałam jak poszukiwałam jej, rozpaczając za nią przez te lata, oni o codzienności z Nini. Niesamowite spotkanie. Co prawda moja Kromeczka dziś nie wygrała na wystawie, ale ja czuję się jak Zwycięzca. Tak bardzo się ciesze, że Bóg ochronił Nini i trafiła na dobrych kochających ją ludzi. Niestety sytuacja niczego mnie nie nauczyła, ponieważ jej pierwsi właściciele - można powiedzieć „rodzina idealna” - z wykastrowanym już dorosłym charcikiem, wykształceni, z trójką dzieci, zamożni, niezwykle kulturalni, a co najważniejsze z doświadczeniami w rasie. Gdzie został popełniony błąd? Co poszło nie tak? Nie mam pojęcia jak chronić moje szczenięta przed takimi sytuacjami. Ludziom nie da się przeskanować serca i głowy, na zewnątrz pięknie grają.

 

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.24.55_1

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.22.23_1

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.23.31

 

Cała złość, niepokój, chęć ukarania Pani Natalii w sądzie - odeszły dziś całkiem, powietrze zeszło ze mnie jak z balonika, jakby mnie ktoś uzdrowił, jakby ciężar mi spadł z klatki piersiowej, najważniejsze przecież jest to, że Nini żyje i żyje pełną charcikową piersią! Kochana, w pełni akceptowana, śpiąca w łóżku ze swoimi cudownymi właścicielami, po sterylizacji już i ze swoim domowym imieniem LUNA. A ja i jej nowi właściciele wymieniliśmy się już telefonami, social mediami i planujemy to rodzinne wspólne zdjęcie trójki rodzeństwa w Krakowie :) Dziś zasnę wreszcie spokojna o Nini - Lunę.

 

Zrzut ekranu 2025-07-19 o 21.22.09

 

 

The article written by:

Małgorzata Pietralik

We use cookies to ensure that we give you the best experience on our website. If you continue to use this site we will assume that you are happy with it.

Close